Nadszedł więc weekend. Sobotni poranek zacząłem od wypicia kawy i wsłuchania się w muzykę spod znaku Tiamat .Przede mną było jeszcze parę godzin przy taśmie w pracy i wypad do punktu sprzedaży. Byłem zdania, iż ten dzień będzie dość męczący . Rano było bardzo zimno. Co gorsza wiało, a to potęgowało uczucie chłodu. Wreszcie doszedłem do zakładu. Zacząłem więc pracować . Na hali produkcyjnej była dość wysoka temperatura. Zawsze zapachy dochodzące z Przetwórni sprawiały, że soki żołądkowe dawały o sobie niemiłościwie znać w momencie, gdy przechodziłem akurat nieopodal. Los tak chciał, że teraz jestem pracownikiem tego zakładu. No nic. W sobotę nie było już tak ciężko jak w dzień wcześniejszy. W końcu moja zmiana dobiegać zaczęła końca. Przybyłem więc do szatni, a by się przebrać i wyjechać z Marcinami i innymi Maćkami do sklepu z drzwiami . Ledwo wyszedłem poza szlaban torujący wejście do zakładu zauważyłem zaparkowane przy drodze auto, zaś przed nim stojącego Dodgersa. No i właśnie tutaj zaczyna się sobotnia przygoda. Wsiadam do środka, a tam KSU i siatka z podejrzanie prezentującym się towarem….jak się później okazało była to flaszka metaxy i Jacka Dannielsa. Wyruszyliśmy więc w drogę. Nie miałem ochoty się śmiać z głupot, gdyż czułem się już daleko zmęczony. Ledwo opuściliśmy Międzychód zaczęli opowiadać kawały . Zaznaczę może, że był to czarny humor. Niestety nie rozluźniło mnie to, gdyż czułem się w dalszym ciągu zmęczony po pracy . Nie wspomnę oczywiście, że kiszki mi marsza grały. Po drodze zatrzymaliśmy się, aby zatankować. No nie ma co….głodny nigdzie łazić nie będę. W kieszeni całe szczęście miałem jakieś oszczędności. Wyszedłem więc z auta podszedłem kupić sobie jakiegoś hamburgera. Całe szczęście starczyło mi drobnych. Po konsumpcji było już lepiej. Akurat, gdy wróciłem odjeżdżali. Większego humoru nabrałem na miejscu. Dziwnie delikatnie mówiąc musieliśmy wyglądać . Żeby oni poważnie byli, ale gdzie tam. Zachowywali się jakby byli 15 lat młodsi. Idąc mieli pompę z niektórych ludzi.

Przeglądając różne drzwi szklane mieli zachwyt z przeszkleń. Śmieli się, że Gaahla z Gorgorotha mogli umieścić na przeszkleniu bądź model glana. Ogólnie zauważyłem, że im dłużej tam z nimi przebywałem tym bardziej mi się udzielało. Ktoś z nich wyciągnął aparat fotograficzny i strzelił mi zdjęcie jak stoję podziwiając drzwi szklane dwuskrzydłowe. Oczywiście chciałem skorzystać na tym, że akurat tam byłem i podpytywałem się na temat rodzaju szkła. Niczego nowego jednak się nie dowiedziałem. Większość produktów wyprodukowana z tego samego gatunku szkła. Sporo produktów była warta podziwu . Wziąłem oczywiście katalog z drzwiami szklanymi i ruszyliśmy z powrotem do auta. Miałem nadzieje, że powrócimy do domu lecz było wprost przeciwnie. Będąc w Poznaniu grzechem byłoby nie odwiedzić mekki klimaciarzy, a mianowicie mostu św. Rocha. Próbowałem wyperswadować im, że żona się może niepokoić, albo coś. Maciej podał mi komórkę i zadzwoniłem do niej podając gdzie jestem, gdzie jadę i kiedy być może będę. Pod mostem św. Rocha sporo było młodych ludzi w długich kłakach słuchających cięższego uderzenia. Zapoznaliśmy się pokrótce otwierając alkohol. W taki oto sposób rozpoczęła się prawdziwa impreza . Przez chwilę poczułem się jakbym miał dosłownie znów 17 lat. Polemizowaliśmy na temat muzyki i literatury. Nie wspomnę o tematyce koncertów. Byłem ciekawy w jaki sposób udamy się w drogę powrotną, skoro nawet kierowca był w stanie delikatnego upojenia. Przez zaledwie jedną noc zdążyłem nasłuchać się i szwedzkiego death metalu, którego mało co odsłuchiwałem w ogóle i punk rocka, którego słyszałem zawsze gdy przebywałem w pobliżu Marcina lub Tomka. Jak się okazało przenieśliśmy się do klubu „U Bazyla”, gdzie jakimś cudem usnąłem. Podobnie zresztą jak reszta. Zbudzony w niedziele w południe zauważyłem, że reszta jeszcze smacznie śpi. Zbudziwszy ich namówiłem ich do powrotu do domu. Myślałem sobie, że będzie się z czego Ziutce tłumaczyć. Po wypiciu kawy poszliśmy znaleźć samochód, a po jego odnalezieniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Tak minął cały sobotni dzień.